Remontowe derby

PS_20141122200210

Przygotowanie mieszkania na powiększenie rodziny – to nawet dobrze nie brzmi, a co dopiero brać w tym udział. Musiałem wykazać się sporą kreatywnością, żeby nie przegrać tego meczu. Niestety, wymęczyłem tylko remis.

Co tu owijać w bawełnę, robota tego typu nie pali mi się w rękach. Długo manewrowałem „zbiegami okoliczności”, by nie było czasu na takie zbędne zamieszanie. Jestem bowiem przekonany, że wszelkie remonty są człowiekowi potrzebne, jak rybie wyciskarka do twarogu.

Niektórzy nazwaliby to lenistwem, ale ja wolę mówić o zubożeniu motywacyjnym. Ładniej brzmi, mniej krzywdy wyrządza.

– Gdzie mam wystawić twoje biurko z komputerem? – zapytała pewnego wieczoru żona.

Zrozumiałem aluzję, ale postanowiłem ją zignorować. Mam w tym spore doświadczenie i lata praktyki.

Sytuacja nabrała jednak powagi, gdy zauważyłem, że jest już ubrana w dres, a rękawy ma zakasane po same łokcie. Wyglądała uroczo z tym wielkim brzuchem (9. miesiąc). Brakowało tylko żonobijki (Hugo Bader, dzięki za tę nazwę, nadal mi robi), a przypominałaby hydraulika Szczepana (jeśli masz w rodzinie jakiegoś Szczepana, zmień sobie imię na dowolne np. Marian).

– Skąd ta porywczość w ruchach? – zagaiłem zblazowany.

Odpowiedzi nie było. Była tylko kartka z wykazem rzeczy do zrobienia. Zestaw porażał, jak roztropność PKW przy tworzeniu systemu informatycznego. Przemalować dwa pokoje i wymienić panele – to były najmocniejsze punkty programu.

– Ok, jutro poszukam fachowców i na pewno szybko podejmą temat – próbowałem grać starą śpiewkę.

– Mój tata przyjdzie i to zrobi – rzuciła żona.

Kamień spadł mi z serca, ale zaraz wskoczył z powrotem. Wyobraziłem sobie rozkręcanie i przenoszenie mebli, zrywanie podłogi, wiercenie (listwy), smród farby i co najmniej dwa dni sprzątania. Nawet pisząc to, oblewam się potem. Trzeba było się ratować.

– A dlaczego chcesz zrywać panele? – uderzyłem w filozoficzne tony.

– Bo są porysowane.

– Gdzie? Pokaż.

Pokazała. Były.

– Ale dywan to pięknie przykryje. Nie ma sensu, żebyś się tak w ciąży męczyła remontem. Już nawet taki jeden mam upatrzony – skłamałem, obmyślając od razu, co powiem, gdy nie będzie nic ciekawego w sklepie.

– Wykupili – rzuciłam kilkadziesiąt minut później, bo na lepszą wymówkę nie było mnie stać.

– Wiesz, ten dywan nie był najlepszy rozwiązaniem – odszedłem szybko na drugi krąg.

– Dywan, to był twój pomysł – przypomniała żona.

– Nie przywiązujmy pierwszorzędnej wagi do spraw drugorzędnych. Ten sam efekt, można osiągnąć zupełnie inaczej… Pokaże ci w domu.

Zaintrygowałem, więc dostałem zielone światło. Kwadrans później łóżko w sypialni było tak ustawione, by przykryć rysy. Nie dało się nie docenić tego rozwiązania. Zwłaszcza, że w czasie prezentacji położyłem akcent na walor oszczędnościowy mojego wariantu.

– No niech ci będzie… – kipiała radością żona.

1:0 dla mnie.

Z malowaniem było nieco gorzej. Po godzinie manewrowania meblami skończyły mi się koncepcje na ich nowe ustawianie. Zwłaszcza, że żona miała fanaberię, by szafki można było otwierać.

Teść był następnego dnia o 7 rano…

1:1.

PS. Teraz tak myślę, że można było jednak uniknąć tego malowania, ale nie powiem Wam jakim sposobem, bo obnażę się przed żoną, a wolę sobie ten patent zostawić na przyszłość. Coś mi mówi, że okazja do wyjęcia tego asa z rękawa nadarzy się już wkrótce.

About

Przemo – będąc pacholęciem bał się, że pająki wciągną go za obraz. Teraz boi się tylko ludzi, którzy nie mają wątpliwości. Raczej indywidualista niż gracz zespołowy. Jeśli już musi śpiewać w chórze, to wybiera partie solowe. Perfekcjonista, wegetarianin, libertarianin, półmaratończyk z ambicjami na więcej. Podobno choleryk. Kocha kino bez popcornu i literaturę faktu. Nieznośnie kreśli po książkach. Ceni sobie muzykę nieoczywistą. Ubóstwia sok pomidorowy, zapach farby drukarskiej i wysokie obcasy u kobiet. Specjalizuje się w przebijaniu balonów napełnionych patosem. Bardzo miły, toleruje nawet gluten i laktozę.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *